środa, października 20

Duchy Tamriel: Więdnąca Lilia

    Wysoki Khajiit o podpalanym futrze wszedł osowiale do małego, barwnego pomieszczenia, całego przyozdobionego zdobyczami z różnych zakątków Tamriel. Nie wyglądał na zrozpaczonego, nawet nie na przygnębionego, w ogóle nie wyglądał. Tak jakby ktoś starł z niego wszelkie zewnętrzne oznaki posiadania jakichkolwiek emocji. Wolnym krokiem podszedł do stołu. Do małego wazonu z symbolem złotego półksiężyca włożył śnieżnobiałą lilię. Bez pośpiechu odpinał guziki koszuli, jeden po drugim, uporczywie wpatrując się w więdnący kwiat. Prychnął tak jakby drwił z rośliny. Z położenia w jakim się znalazła, z losu jaki ją spotkał, z tego że umiera i nie ma najmniejszej możliwości by cokolwiek z tym zrobić.
    Czarna, aksamitna koszula wylądowała na oparciu krzesła. Kocur rozmasowując kark zbliżył się do stojącej na taborecie misy z wodą. Pochylił się nad taflą, która zadrżała od nieznacznego poruszenia naczyniem. Gdy już woda się uspokoiła, a obrazu nie szpeciła chociażby najmniejsza fałdka, ogoniasty zaczął wpatrywać się w swoje odbicie. Zagłębiał się w swoje miodowe oczy, tak jakby to w nich miał znaleźć odpowiedz na wszystkie dręczące go pytania. Przyglądał się swojej twarzy - miejscom w których ciemny brąz przechodziła w beż a potem w biel; przyglądał się świeżej bliźnie biegnącej pionowo przez lewy łuk brwiowy i część policzka. Skrzywił się.
    Gliniana misa wylądowała z hukiem na ziemi. Khajiit stał spięty, zaciskając łapy na krawędziach mebla, na którym jeszcze przed chwilą znajdowało się niespokojne lustro. Jego ramiona drżały, a oddech zaczął rwać się w spazmach. Do bursztynowych oczu zaczęły napływać łzy, które w pierwszej chwili paliły żywym ogniem, by zaraz potem przynieść zbawienne aczkolwiek niepożądane ukojenie. Zaklął cicho pod nosem, zrywając się z miejsca. Zaczął chodzić od jednej szafy do drugiej, zaglądał do szuflad, szkatułek i wszelkich pudełek, a gdy nie znalazł tego czego szukał, wyrzucał ich zawartość wraz z nimi samymi na podłogę.
    W swojej szaleńczej wędrówce znów zatrzymał się przy stole, oparł się dysząc ciężko, z trudem łapiąc każdy oddech. Czuł jakby ktoś usiadł mu na piersi, nie pozwalając swobodnie nabierać powietrza. Jakby coś oplotło jego serce i z każda chwilą coraz mocniej i szybciej zaciskało się na nim, dopóki nie pęknie. Odsunął jedno z krzeseł i ciężko na nie opadł. Opierając łokcie na krawędzi stołu skrył twarz w dłoniach, znieruchomiał. Po chwili bolesnego nakłuwania skóry głowy ostrymi pazurami, oderwał je przy okazji wyrywając też trochę sierści. Śledząc pojedyncze ciemne nitki, jego wzrok zatrzymał się na stojących obok ciemnozielonych butelkach. Bez zastanowienia chwycił jedną z nich, odkorkował za pomocą zębów i łapczywie zaczął pochłaniać jej zawartość. Pomimo ognia w przełyku, pił dalej dopóki jego głowa nie uniosła się do góry, aby ostatnie krople mogły spokojnie spłynąć na chropowaty język. Kocur z impetem trzasnął butelką o blat, jednak wbrew jego oczekiwaniom ta nie rozpadła się. Jakby zawiedziony trwałością szkła, sięgnął po kolejną sztukę. Ta została potraktowana w bardziej szarmancki sposób, jednak to co w niej było, zniknęło porównywalnie szybko. W końcu przyszła i pora na trzecia flaszkę. Khajiit pochwycił ją i z trudem wstał od stołu. Próbując dostać się do napitku użył zbyt dużo siły, przez co szyjka butelki ukruszyła się, a druga jej część spadła na ziemie, roztrzaskując się na drobne kawałki.
    - Cholera jasna! - wrzasnął wściekle chwytając pierwszy, stojący z brzegu przedmiot jaki nawinął mu się pod rękę, po czym cisnął nim z całej siły w ścianę. Owym nieszczęsnym przedmiotem okazał się być wazonik z białą lilią. Dopiero po chwili zorientował się czym rzucił.
    - Szlag by to wszystko trafił - wrzasnął ponownie, gdy dotarło do niego jak cenną pamiątkę właśnie zniszczył. Teraz chwytał już za wszystko co mu się nawinęło pod rękę: krzesła, naczynia, wazy, posążki, szkatułki, książki. Wpadł w szał, zachowywał się jakby postradał resztki rozumu, a wszystko to potęgował jeszcze wypity alkohol. Dewastował mieszkanie, niszczył bezmyślnie wszystko to na co tak długo pracował. Lata wyrzeczeń, poświęconego czasu, poszukiwań, przelanej krwi, potu i łez przepadły w jednej chwili. I mogłoby się zdawać, że tej destrukcji nie będzie końca, jednak Khajiit zdał się otrzeźwieć w momencie, gdy w jego łapy trafiła niewielka drewniana figurka - mały wystrugany z dbałością o najdrobniejsze szczegóły ptaszek. Kocur poczuł jak coś w nim pęka, jak pewna granica została właśnie przekroczona. Teraz uderzył go ból, dopadło zmęczenie, właśnie teraz z serca wydarła się ta cała rozpacz, którą tak skrzętnie próbował zamaskować nie tyle przed światem, co przed samym sobą. Zamknął drewnianego ptaszka w klatce swych dłoni i z całej siły przycisnął do piersi. Powoli osunął się na ziemie, rozpadając się do końca.
    - Przepraszam kochana, tak bardzo cię przepraszam - wyłkał unosząc szklące się oczy ku górze - To wszystko moja wina. Moja...
    Czarna łapa zaciśnięta w pięść wylądowała na posadzce. W pomieszczeniu rozniósł się cichy, charakterystyczny chrzęst, jednak Khajiit zdawał się kompletnie nie zwracać na to uwagi. Upuścił do tej pory trzymaną w lewej dłoni pamiątkę i uderzał dalej. Naprzemiennie lewą i prawą ręką, coraz mocniej, ale z każdym ciosem też coraz wolniej. Przestał próbować dopiero gdy w miejscach gdzie lądowały jego pięści pojawiła się krew; znów na chwilę oprzytomniał. Wszystko go bolało: bolały ręce, głowa, bolało go serce, bolał go każdy pojedynczy mięsień, ale najbardziej bolał go jednak fakt, że nie ma jej przy nim i już nigdy więcej nie będzie. Nigdy więcej nie poczuje jej bliskości, nie usłyszy jej głosu, jej cudownego śmiechu, którym zawsze potrafiła przepędzić jego najbardziej ponury humor. Już nigdy nie spojrzy w jej cudowne szmaragdowe oczy, ani nie poczuje jej subtelnego i specyficznego zapachu. Wszystko to tak bardzo go bolało.
    - Przepraszam - mruknął sięgając dłonią do paska, po czym trzymając już wystarczająco mocno i pewnie rękojeść ostrza, uniósł je na wysokość swojego gardła.
    Głośne walenie w drewniane drzwi, na chwile rozproszyło jego uwagę. Zignorował je pomimo tego, że niejednokrotnie usłyszał swoje imię, wiązankę wyzwisk i przekleństw. Rozpoznawał głos przybysza. Zamknął oczy, wziął głęboki oddech i ponownie uniósł sztylet, teraz jeszcze bardziej drżącymi dłońmi.
    - Wchodzę! - oznajmił niski głos.
Do mieszkania wparował równie rosły co gospodarz, pręgowany kocur. Kończąc żywot większości zamków i zasuw, udało się mu dostać do środka. Do środka, w którym panował totalny chaos, ale pomimo to pierwszą rzeczą jaka rzuciła się mu w oczy był klęczący pośród tego wszystkiego Khajiit, ze sztyletem, prawie że przytkniętym do gardła. Doskoczył do niego w mgnieniu oka.
    - Co ty odpierdalasz?! - wrzasnął tygrys wyrywając ostrze i odrzucając je pośpiesznie za siebie. Był wściekły, jednak gdy ich spojrzenia w końcu się spotkały, momentalnie złagodniał.
    - Po coś tu przylazł?
    - Widziałem jak wyglądasz na pogrzebie - oznajmił krzyżując ręce na piersi - Wybacz, ale znam cię, cholera jasna zbyt długo by nie domyślić się co kryje się pod tą twoją kamienną maską.
Tak naprawdę nie wiedział, ale mógł się domyślać i zazwyczaj perfekcyjnie trafiał ze swoimi domysłami. Znali się przecież od dzieciaka - najpierw jako koledzy z podwórka potem jako przybrane rodzeństwo. Gdy pewnego dnia jego rodzice zaprosili wychudzoną sierotę pod swój dach, oferując miłość i ciepło, którego tak bardzo potrzebował - Daedlath wiedział już, że to będzie przyjaźń na całe życie. Jednak patrząc teraz na niego, czuł się jakby znajdowała się przed nim zupełnie obca mu osoba. Nigdy wcześniej nie widział go w takim stanie. Poczuł jak zimny dreszcz przebiega mu wzdłuż kręgosłupa.
    - Wstawaj - rozkazał pasiasty, podchodząc do łóżka i energicznie zrzucając część leżących na nim rzeczy - Słyszałeś? Powiedziałem wstawaj.
Khajiit poruszył się nieznacznie, ale to jedyne na co było go stać. Czuł się jak kamienny posąg, którego mięśnie są zbyt ciężkie nawet dla niego samego. Daedlath westchnął i zbliżył się, próbując dźwignąć przyjaciela do góry. Gdy ledwo żywy kocur leżał już bezpiecznie na łóżku, piastun spróbował zamknąć drzwi na tyle na ile było to możliwe. Wracając zgarnął jedyne krzesło, które było względnie cale i postawił je przy łóżku. Klapnął na nie, w myślach rozważając jak powinien rozpocząć tą rozmowę.
    - Ra'Mhirr, brachu - zaczął w końcu - Ja rozumiem co czujesz. Przecież Bastet była moją siostrą, a z pozostałymi...
    - Nie rozumiesz - wtrącił mu - Ona była moim światem. Była jedyną istotą, która trzymała mnie na tym świecie. To ona sprawiała, że za każdym razem chciałem tu zostać jeszcze chwile dłużej. A teraz? - mruknął zasłaniając sobie oczy przedramieniem - Teraz nie mam już o co walczyć, nie mam dla kogo.
    - Jaka była Bastet? - zapytał niespodziewanie Daedlath.
    - Znałeś ją, co się głupio pytasz.
    - Odpowiedz na pytanie. Jaka była? - naciskał kocur, wlepiając uporczywe spojrzenie w zakrwawione łapy przyjaciela.
    - Ona - zaczął łamiącym się głosem - Była jak kwiat, jak róża. Przez większość czasu delikatna i łagodna, ale gdy było trzeba potrafiła pokazać pazurki.
    - Jaka jeszcze?
    - Gadatliwa - stwierdził uśmiechając się nieznacznie - Czasami usta jej się nie zamykały przez kilka godzin, w szczególności jak opowiadała o swoich pomysłach, planach; o tym co mogłaby jeszcze stworzyć i z jakiego rodzaju drewna. Zawsze było jej wszędzie pełno, jej i jej głosu, ale kochałem to. Przynajmniej ja nie musiałem mówić zbyt wiele.
    - No dalej, słucham.
    - Bastet była wyrozumiała. Wobec świata i wobec... mnie, chociaż nie zawsze na to zasługiwałem. Była życzliwa, pomagała każdemu jak tylko mogła, mimo że nie wszyscy na tą pomoc zasługiwali - westchnął ciężko - Gdyby nie ona pewnie do tej pory sypiałbym w Kryjówce.
    - To wszystko? - wypytywał zniecierpliwiony Daedlath.
    - Zawsze była radosna, uśmiechnięta. Świat mógłby się walić, a ona zawsze potrafiła znaleźć chociażby jedną pozytywną rzecz. Kochała życie, a teraz...
    - No właśnie - przerwał mu tygrys - Kochała życie. Czy ty naprawdę myślisz, że byłaby zadowolona, gdyby zobaczyła to wszystko? Myślisz, że chciałaby żebyś coś sobie zrobił; żebyś ze sobą skończył?
Ra'Mhirr westchnął, otworzył usta gotowy odpowiedzieć, ale nie wydał z siebie choćby najmniejszego dźwięku. Próbował, ale wszystko więzło mu w gardle. Po kilku próbach, pokiwał tylko przecząco głową.
    - To po co to wszystko? Coś ty miał w głowie?
    - Nic - opowiedział cichym, zdławionym głosem - Cholerną pustkę, w której nie potrafiłem przywołać jej obrazu.
Daedlath nie spodziewał się takiej odpowiedzi, szczerze mówiąc nie spodziewał się jakiejkolwiek odpowiedzi. Miał już przygotowany cały wywód na temat bezsensowności jego zachowania, ale to co jak zareagował i co powiedział, całkowicie pokrzyżowało mu plany.
    - Wiem, że to absurdalne co teraz powiem, ale... prześpij się. Ja będę czuwał, żeby nikt się nie wpakował tutaj z buciorami chociaż - przerwał by rozejrzeć się dookoła - wątpię, żeby komukolwiek chciało się grzebać w tym bałaganie.
    - Naprawdę myślisz, że będę w stanie teraz spać?
    - Cóż, powiem tak. Jutro będę cię potrzebował trzeźwego, więc nie masz wyjścia.
    - Daj mi spokój - stęknął Ra, obracając się do brata plecami.
    - Chciałbyś.
Kocury rozmawiały jeszcze przez dłuższą chwilę, chociaż prawda wyglądała tak, że to Daedlath mówił przez większość czasu. W pewnym momencie - gdy był już gotowy do rozpoczęcia kolejnej historii - spostrzegł, że Ra'Mhirr przestał reagować na jakiekolwiek bodźce. Zimny dreszcz ponownie przebiegł po kręgosłupie Khajiita. Śpi czy nie żyje? - pomyślał zbliżając ucho do jego ust. Odpowiedź przyszła wraz z głośnym chrapnięciem, które prawie go ogłuszyło. Pasiasty zaklął cicho próbując pozbyć się natrętnego pisku w lewym uchu.
    - Ombra - mruknął Daedlath opadając ciężko na krzesło - ty to masz nierówno pod sufitem, ale na lepszego faceta moja siostrzyczka nie mogła trafić. Co nie, Bastet? - stwierdził kierując uśmiech ku niebiosom - Dobrze wiem, że gdybyś tu teraz była, potrafiłabyś jakoś ogarnąć tego idiotę, ale co ja mogę... sam?
    - Wszystko słyszę - burknął w półśnie Ra.

    Słońce zaczęło z wolna wkradać się do mieszkania. Ciepłe pasma światła po kolei ozłacały wszystko co znajdowało się w środku. Minęła dobra chwila zanim Ra'Mhirr otworzył oczy. Każdy chociażby najmniejszy ruch wywoływał u niego ból, który promieniował aż do samego koniuszka ogona. Przez blisko kwadrans leżał wyciągnięty na łóżku, zastanawiając się czego może chcieć od niego Daedlath.
    - No ładnie - mruknął Khajiit spoglądając na wyciągniętego na krześle kocura, który pochrapywał równie głośno co on sam. Z trudem usiadł na łóżku. Niewiele pamiętał z wczorajszego dnia, a w dodatku widział wszystko jak przez mgłę. Przetarł twarz łapą na której jeżyły się kolce z posklejanego zaschniętą krwią futra. Obraz stał się trochę bardziej wyraźny. Odpychając się od krawędzi łóżka, a potem wsparwszy się o oparcie krzesła, Ra'Mhirr wstał i przeszedł kilka kroków. Rozejrzał się po mieszkaniu, które było prawie doszczętnie zdewastowane. Luki w podziurawionej pamięci zaczęły się powoli składać w jedną logiczną całość. Utykając na lewą nogę, obszedł mieszkanie wzdłuż i wszerz. Już miał nawrzeszczeć na śpiącego brata i żądać od niego wyjaśnienia zaistniałej sytuacji, kiedy pośród tego całego bałaganu dostrzegł coś jasnego, znacznie odróżniającego się swym kolorem od całej reszty. Zbliżył się. Na podłodze pośród skrawków papieru, koralików i tłuczonego szkła leżała biała lilia, która przez ten cały czas zdążyła się już pomarszczyć, a nawet pożółknąć w niektórych miejscach. Teraz już pamiętał. Znów czuł się jak w momencie, gdy przekroczył próg mieszkania - zagubiony i pusty. Pochylił się nad kwiatem i delikatnie chwycił go w pazury. Poczuł jak oczy znów zanoszą mu się żywym ogniem. Odłożył kwiat, odkładając tym samym, kolejny wybuch rozpaczy na później.
    - O cholera, zasnąłem - stwierdził zachrypnięty głos.
    - Strażnik to z ciebie raczej byłby kiepski - zadrwił Ra'Mhirr próbując dostać się do przygniecionej koszuli.
    - Czemu mnie nie obudziłeś? A z resztą, nieważne. Czas się zbierać - oznajmił Daedlath praktycznie wyskakując z pozycji siedzącej - Masz wszystko?
    - Tak, raczej tak - mruknął cicho Khajiit, zapinając ostatni guzik i poprawiając pasek - Możemy iść.
    - Brachu, nie bierzesz żadnego pancerza? - zapytał zdziwiony rudzielec, posyłając kocurowi wymowne spojrzenie.
    - A po co?
    - Nie mogę ci jeszcze teraz powiedzieć, ale na pewno się przyda.
Ra'Mhirr wzruszył ramionami i bez entuzjazmu podszedł do przechylonej szafy, która wyglądała jakby za chwilę miała runąć na ziemie i podzielić los pozostałych mebli. Khajiit chwycił za gałki, ale misternie zdobione drzwi ani drgnęły. Szarpał się z nimi przez dłuższą chwilę, a gdy stwierdził, że to nie ma najmniejszego sensu, sięgnął do paska po swój sztylet.
    - Tego szukasz? - zapytał Daedlath przerzucając w dłoni bogato zdobiony puginał.
    - Dokładnie.
Kocur wcisnął ostrze w szparę pomiędzy drzwiami i pogmerał chwile. To był jedyny sposób by dostać się do środka bez zbędnej potrzeby niszczenia zabytku, chociaż teraz to i tak w sumie nie miało większego znaczenia. Ta metoda zawsze działała i jak przypuszczał wcześniej Ra, zadziałała i tym razem. W środku coś szczęknęło, chrupnęło, chwila moment i szafa stała już przed nim otworem. Z przepełnionego przeróżnymi, pachnącymi przebraniami wnętrza, wyjął swoją starą, poprzecieraną, ale wciąż idealnie pasującą zbroje wykonaną w całości z utwardzanej skóry.
    - Pomóc? - zapytał Daedlath widząc jak kocur męczy się teraz ze sprzączkami, paskami i wszelkimi sznurowaniami.
    - Jeżeli jakimś cudem znasz się na magii przywracania albo chociaż alchemii to daj mi coś uśmierzającego ból. Z resztą już sobie poradzę - oznajmił sucho Ra'Mhirr.
    - O właśnie! - klasnął w dłonie tygrys - Dobrze, że przypominasz. Po drodze zajdziemy do Rohgara.
    - Do tego starego, zgrzybiałego Orka? - skrzywił się ciemniejszy Khajiit - Wiesz, że go nie cierpię.
    - Nie przesadzaj - prychnął Daedlath - Ma najlepszy asortyment w okolicy, a poza tym, po ostatnim zleceniu sprzedaje mi wszystko za półdarmo. Możemy już iść?
    - Chyba tak - stwierdził Khajiit, kierując się w stronę wyjścia. Stając w progu po raz ostatni odwrócił się by ogarnąć wzrokiem mieszkanie i to co z nim zrobił. Teraz nie było tu już nic o co mógłby się martwić, nic czego by żałował gdyby stąd zniknęło. Już miał wychodzić, kiedy nagle coś go tchnęło i rzucił się z powrotem do środka.
    - Koliber! - wrzasnął nieoczekiwanie Ra'Mhirr
    - Co takiego?
    - Zaczekaj jeszcze chwilę!
Daedlath patrzył się na przyjaciela jak na wariata, kiedy ten prawie że z nosem w ziemi, przeszukiwałam całe mieszkanie.
    - Gdzieś tu powinien być - mruknął złotooki próbując przypomnieć sobie gdzie widział niewielką figurkę po raz ostatni. Zatrzymał się w miejscu, w którym dostrzegł zaschnięte ślady krwi. Zmrużył oczy i wytężył wzrok próbując wypatrzeć swoją rzeźbioną ofiarę.
    - Jest! - oznajmił doniośle Khajiit unosząc maleństwo.
    - Co było tak ważne żeby... czekaj, drewniany ptaszek? - zdziwił się Daedlath.
    - Tak. Teraz z całą pewnością możemy iść.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz