poniedziałek, stycznia 4

Duchy Tamriel: Popiół i łzy

   Drobinki wulkanicznego pyłu opadały leniwie na ziemię, wczepiając się w ubrania, włosy, pożółkłe źdźbła przesuszonych traw. Tego dnia niebo było pokryte poszarzałymi smukłymi obłokami, sprawiającymi wrażenie jakby to zeń spadał ten popielny śnieg. Nie był to jednak niecodzienny widok dla mieszkańców Vvardenfell, a w szczególności dla tych znajdujących się bliżej wulkanu. Byli przyzwyczajeni. W końcu, nie bez powodu, w przyszłości, mieli ich zacznąć nazywać Ashlanderami.

● ● ●

   - A to? Co ci to przypomina? - zapytał mały szaroskóry chłopiec, wskazując tym razem na pozostawione na skale podłużne i wąskie ślady.
   - Nie mam pojęcia - odpowiedział mu niepewnie dziewczęcy głosik, należący do jeszcze mniejszej niż on Bosmerki. - Jakieś kreski - stwierdziła po chwili.
   - Iris, naprawdę nic ci nie przychodzi do głowy?
   - No nie. A tobie?
Chłopak wstał, otrzepał kolana, po czym dumnie wypiął pierś.
   - To jest ślad dzikiego ogara w rui.
Dziewczynka podniosła na niego pytające spojrzenie.
   - Co? - skrzywiła się.
   - Zwróć uwagę na kształt - tłumaczył mając przed oczami wizję swojego ojca, powtarzał słowo w słowo za nim - Ślady są głębokie i cienkie, charakterystyczne dla pazurów ogarów, a nie wiedzieć czemu one tak robią w rui. Znaczy ten... drapią wszystko, nawet skały. Chociaż - przerwał kapcaniejąc nagle - nie mam pojęcia co to jest ta cała ruja. - Po chwili milczenia dodał: - Ale tata tak mówił! A on zawsze ma rację!
   - A on skąd to wie? - spytała mała, krzyżując ręce na piersi.
   - Części sam się nauczył, a części nauczył go dziadek. W każdym razie tak mówił.
Mała wydała z siebie westchnienie pełne podziwu.
   - Masz bardzo mądrego tatę - stwierdziła z uśmiechem - A potrafi też rosnąć kwiatki?
Takiego pytania chłopak się nie spodziewał.
   - Eee, nie wiem. Chyba zna się na ziołach, ale nigdy nie widziałem, żeby jakiekolwiek z nich... rosnął?
   - Ha! A mój tata potrafi rosnąć kwiatki! - zaszczebiotała dumnie, zadowolona z tego, że też może się pochwalić zdolnościami swojego rodzica.
   - Niby jak?!
   - Nie wiem - wzruszyła ramionami.
   - Przecież tutaj nic nie chce rosnąć, to niby jak to jest możliwe?
   - No przecież mówię, że nie wiem - odpowiedziała lekko poirytowana - Ważne, że rosną!
   - Ale...
Iris już wiedziała, że za chwilę znów padnie pytanie, na które nie będzie znała odpowiedzi.
    - No bo, bo... chodź! - niespodziewanie chwyciła towarzysza za rękę i pociągnęła go w stronę wioski.
    - Co? Dokąd? - zapytał zdziwiony.
    - Zapytać o kwiatki!

   Dzieci zatrzymały się przed czymś co przypominało napompowany, do rozmiarów małego domu, konar. Gdyby puścić wodze wyobraźni, można by go przyrównać do węża, który połknął mamuta albo inne duże i okrągłe zwierze. Tak wyglądał bowiem, dom rodziny Ivydale, rodziców Iris i jej samej. Na początku, gdy dopiero co dwójka Bosmerów przeniosła się na wyspę, wszyscy traktowali ich chłodno, z rezerwą, czasami wręcz z nienawiścią, którą zwykli darzyć obcych. Wszystkich zastanawiało, czego szukają tu leśne elfy, co knują, czego chcą? Jednak wraz z upływem czasu mieszkańcy zaczęli się do nich przyzwyczajać. Nie minął rok, a większość traktowała ich już jak swoich, stali się wręcz nieodzowną częścią plemienia. Potęgował to również fakt, że to właśnie ich magiczny ogród stanowił główne źródło zaopatrzenia osadników we wszelakie zioła, niewystępujące naturalnie na terenach Vvardenfell. Faendal, ojciec Iris, zajmował się głównie uprawą roślin i doglądaniem ich procesu aklimatyzacji w nowych warunkach. W wolnych chwilach natomiast lubił przesiadywać przed domem z paletą farb i pędzlem w ręku. Z kolei Nilleth, matka Iris, była utalentowaną zielarką i alchemiczką. Jej specjalnością były wszelkiego rodzaju napary, okłady, maści i mikstury. Do najbardziej znanych specjałów należała między innymi niebieska herbata z kwiatem bławatka lub chłodzący leczniczy okład na bazie liści Mroźnej Mirriam.
   Nilleth właśnie przygotowywała kolejne paczuszki ziołowego suszu, gdy do jej uszu doszło pukanie we frontowe drzwi. Drobna Bosmerka, słysząc dobiegające z zewnątrz marudzenie, odłożyła bawełniane woreczki na stół, przerywając pracę.
    - Nie mogę ich otworzyć, znowu się zacięły - oznajmiła przyjacielowi dziewczynka, po czym uniosła rękę z zamiarem ponownego wystukania umówionego rytmu. Coś zaskrzypiało. Xar wlepił ciekawskie spojrzenie w poruszające się ospale korzenie - ten widok zawsze go fascynował. Drewniane drzwi uchyliły się.
   - A nie mówiłam? Nie zjadłaś porządnego śniadania i teraz znowu nie masz siły otworzyć drzwi? - zaśmiała się jasnowłosa Bosmerka, wciskając głowę pomiędzy uchylone drzwi, a tańczące wciąż korzenie, których ciasny splot pełnił funkcję framugi. - O! Xardes! Witaj słoneczko!
   - Dzień dobry - odpowiedział nieśmiało chłopak.

   Iris wcisnęła się do domu, prześlizgując się między nogami elfki. Bez słowa wyjaśnienia pobiegła do ogrodu. Zdziwiona Nilleth uniosła prawą brew i pokręciła głową. Po chwili wpatrywania się w czerwoną zasłonę, za którą zniknęła jej córka, zwróciła się do pozostawionego z nią chłopca.
    - Co słychać u rodziców, Słońce? - zapytała Bosmerka.
    - Wszystko w porządku. Tata jest dzisiaj na polowaniu, a mama siedzi w domu i szyje. A u pani?
    - Jakoś leci - odpowiedziała krótko, posyłając mu ciepły uśmiech - Ogrom pracy w ogrodzie i w domu. Nawet nie mam czasu wymienić cięciw, ani...
    - Xardeees! - pisnęła Iris wciskając głowę pomiędzy dwie zasłony - Idziesz czy nie?
    - Idę!
Młody Dunmer uśmiechnął się i skinął lekko głową do pani Ivydale, po czym ruszył w stronę ogrodu. W głębi ducha cieszył się niezmiernie, że nie będzie musiał już z nią rozmawiać. To nie tak, że jej nie lubił, była przecież przemiłą i nad wyraz życzliwą osobą. Po prostu... sam nie wiem - pomyślał znikając za czerwoną kurtyną.
   Chłopak podniósł wzrok. Jego oczom ukazała się kolejna kopuła stworzona z tańczących nieustannie korzeni. Przez chwilę miał wrażenie, że niektóre listki zdają się do niego machać powitalnie, jednak szybko otrząsnął się i ruszył w ślad przyjaciółki, która już wesoło kicała w stronę ojca. Cały ogród wyglądał na kompletnie oderwany od szarej i popielnej rzeczywistości, w której się znajdowali. Trudno było uwierzyć, że tę połać zieleni od poszarzałej od pyłu gleby, dzieliła jedynie cieniutka bariera, przez którą to nieśmiało przekradało się światło.
   - Tato! - zawołała radośnie Iris.
Pochylony, nad liśćmi brzęczącej rośliny Bosmer, uniósł gwałtownie głowę i rozejrzał się. Nagle coś małego rzuciło się na niego z impetem.
   - Spokojnie, bo mnie przewrócisz - zaśmiał się elf odstawiając córkę na ziemie - O co chodzi Paprotko?
   - Dzień dobry! - padło głośne, lecz niezbyt pewne powitanie.
   - O! Xardes! Dzień dobry!
   - Tato? - zaczęła Iris, ciągnąc ojca za rękaw - Jak rośniesz roślinki? Powiedziałam Xarowi, że potrafisz rosnąć roślinki, ale on się ciągle pyta jak, a ja nie wiem jak. Co mam mu powiedzieć?
   - Już, już spokojnie Kwiatuszku, już tłumaczę - oznajmił Faendal, po czym zakasał rękawy i pochylił się nad przebarwionym częściowo Korzeniem Nirnu.
Iris cupnęła obok ojca, po czym spojrzała przez ramię i machnęła zachęcająco na towarzysza.
   - Xar, chodź bliżej, bo nic nie będziesz widział! - pisnęła.
   - Ja...
   - No chodź bliżej, nic cię tu nie ugryzie - zaśmiał się mężczyzna i przesunął się trochę by zrobić dla niego miejsce - W skrócie, to zasługa Zielonego Paktu - zaczął tłumaczyć - z którym my Bosmerzy jesteśmy związani, ale jako, że obecnie nie znajdujemy się już na terenie Valenwood, jego zasady nas już nie obowiązują, jednak dalej możemy korzystać z płynącej z niego mocy, takiej jak, na przykład, namawianie korzeni i gałęzi do formowania się w dane kształty - tu wskazał na znajdującą się nad nimi kopułę - czy właśnie "rośnięcie" roślin, tam gdzie samodzielnie nie byłyby w stanie nawet wykiełkować. Do tego dużo wiedzy, odrobina magii, odpowiedni nawóz i tadam! Mamy zielony ogród!
   - A o co chodzi z tym... Zielonym Paktem? - zapytał zaciekawiony Xardes.
Mężczyzna zmarszczył czoło, zastanowił się.
   - Jakby ci to powiedzieć, hmm. W skrócie chodzi o to, że żaden leśny elf nie może skrzywdzić choćby listka na terenie puszczy Valen. Ot, taka umowa, ale wracając do "rośnięcia" roślin. Spójrzcie, to jest Korzeń Nirnu. Tę hałasującą bestię staramy się trzymać pod szklanym kloszem, by po pierwsze zapewnić jej trochę wilgotniejsze powietrze, a po drugie, nie ukrywajmy, by nie oszaleć od jej dźwięku. Ta maruda jeszcze niedawno prawie nie miała liści, a za chwilę będzie można pobawić się w jej rozsadzanie i uzyskanie nowej roślinki, ale najpierw trzeba zaczekać, aż do końca się przystosuje - oznajmił, wskazując na liść, który powoli zmieniał swoje zabarwienie z zielonego na jasnofioletowe. Gdy ten proces dobiegnie końca, będzie można już na spokojnie bawić się w "rośnięcie". Rozmiecie już?
   - Ale ja chcę zobaczyć jak rosną! - naburmuszyła się dziewczynka.
   - To musimy wybrać inną roślinę, co powiesz na twoje ulubione kwiaty? - zapytał córkę, wskazując na krótkie łodyżki, które dopiero co wyjrzały spod ziemi.
   - Tak! - pisnęła wesoło w odpowiedzi i podbiegła do grządki. Faendal i Xardes ruszyli za nią. Mężczyzna przycupnął i po kolei dotykał każdego z zielonych dzieci. Te, pod wpływem jego dotyku, zatrzęsły się i zaczęły powoli wydłużać, do momentu aż nie były równie wysokie co przyglądająca się im ciekawsko dziewczynka. Na samych szczytach łodyg pojawiły się fioletowe kwiaty przypominające swoim kształtem lwie paszcze.
   - Ale fajnie! Ja też tak chcę! - zapiszczała rozradowana dziewczynka na widok swoich ukochanych kwiatów.
   - Jesteś leśnym elfem, na pewno też tak umiesz - stwierdził Xar, szturchając ją delikatnie.
Mężczyzna zaśmiał się i czule poczochrał włosy na głowie córki.
   - Xardes ma rację. Nie mam wątpliwości, że również posiadasz tę umiejętność, jednak teraz jest wciąż za wcześnie. Jesteś jeszcze za mała, kochanie.
   - Obiecujesz? - zapytała głosikiem pełnym nadziei.
   - Obiecuję i niech mi rogi odpadną, jeżeli kłamię - odpowiedział elf, przykładając rękę do piersi.
   - Wspaniale! Dziękuję tatku!
Mężczyzna uśmiechnął się i przytulił do siebie córkę. Ta po chwili wyrwała się z jego objęć i doskoczyła do młodego Dunmera.
   - Idziemy? - zapytała radośnie
   - Hm? Ale dokąd?
   - Nie wiem, po prostu chodźmy.
Iris chwyciła swojego towarzysza za rękę i wręcz wyciągnęła go z ogrodu. Zanim ponownie zniknęli w wielkiej bulwie, oboje zgodnie pomachali Faendalowi, który już kroczył z powrotem w stronę korzenia Nirnu. Dzieciaki niczym wicher przeleciały przez dom i po chwili już znaleźli się przed nim. Rozpoczęli naradę.
   - To... gdzie teraz? - zapytała Iris drapiąc się po głowie.
   - Guary? - rzucił luźno Xar.
   - Tak! Guary! Kocham guary! - zgodziła się bez zastanowienia i oboje pobiegli w stronę groźnych i krwiożerczych bestii.

   Dzieciaki zatrzymały się przy niewielkiej zagrodzie zbudowanej ze zbutwiałych już, poziomo ułożonych desek. W środku znajdowały się cztery guary - wyrośnięte, krąglutkie, poruszające się na dwóch nogach jaszczurki koloru dobrze wypieczonych bochnów chleba. Zależnie od terenu, pełniły one różne funkcje. Pokaźniejsze okazy bardzo często pełniły rolę wierzchowców, te nieco mniejsze pomagały nosić rzeczy na swoich grzbietach lub stawały się domowymi pupilkami.
   - O nie - westchnął smutno Xardes, opierając się o zagrodę - Nikt nie dał im dzisiaj nic do jedzenia.
   - Jak to?
   - No spójrz. Pusto. Ani ziarenka - oznajmił chłopak wskazując na pustą misę.
Jaszczury ospale podeszły do płotu i wlepiły swój ciekawski wzrok w stojące przy nich dzieciaki. Po chwili rozsiadły się wygodnie, jakby czekały na dalszy ciąg wydarzeń.
   - Musimy je więc nakarmić! - stwierdziła z entuzjazmem Iris, po czym zaczęła się rozglądać - Tylko czym?
   - Patrz! Tam jest! - wskazał i podszedł do worka, szarpnął - Ale... jest za ciężki.
   Mała Bosmerka słysząc złe wieści, posmutniała momentalnie, wykrzywiając drobne usteczka w kształt odwróconej podkowy. Xardes widząc rozczarowanie w jej bursztynowych oczach, zmienił taktykę. Zamiast próbować podnieść worek, zaczął go ciągnąć. Zmachał się przy tym niemiłosiernie, jednak po dłuższej chwili udało mu się postawić go przy zagrodzie, w której to czekały już rozochocone zwierzaki.

   - Xardes! Nie wiedziałam, że jesteś taki silny! - zawołała przeszczęśliwa elfka, splatając drobne paluszki pod równie drobną brodą.
   - No oczywiście, że jestem! - prychnął Xar. Gdy już przestał prężyć dumnie pierś, użył wszystkich sił, jakie mu zostały, i przepchnął worek na drugą stronę, wprost do zagrody. Jego zawartość wysypała się zarówno do wielkiej płaskiej misy jak i wszędzie dookoła. Guary ryknęły i zabrały się do pałaszowania.
   - Smacznego - westchnął obolały Xar, siadając z trudem przy jednym ze słupków. Z zadowoleniem przyglądał się bestiom.
  - Tak! Smacznego! - zachichotała radośnie Iris, poklepując po boku najbliżej znajdującego się niej guara. Ten oderwał się na chwilę od jedzenia, podszedł bliżej i przecisnął łeb pomiędzy deskami. Dziewczynka błyskawicznie zaczęła poklepywać go po głowie.

   Młody Dunmer przyglądał się przyjaciółce. Uwielbiał, gdy się cieszyła. Uwielbiał, gdy jej usta przybierały coś na kształt kociego pyszczka. Uwielbiał, gdy piszczała jeszcze bardziej niż zwykle. Ale nie dajcie bogowie, by się smuciła albo płakała. W takich momentach chłopak czuł coś w rodzaju osobistej porażki.
   - To... co teraz robimy? - zapytała Iris, gdy ostatni guar został już dostatecznie wypieszczony, wygłaskany i obsypany wszystkimi komplementami świata.
   - Nie wiem - chłopak wzruszył ramionami w odpowiedzi - Może kapliczka?
   - Znooowu?
   - A czemu nie? - zapytał, wstając i otrzepując spodnie.
   - Dobra! Ale ścigamy się!
   - Znooowu? Który to już dzisiaj raz? Dziesiąty? - zapytał z nutką drwiny w głosie - Jestem już zmęczony.
   Wystarczyło jedno krótkie spojrzenie na opadające z dezaprobatą kąciki ust Iris, by ten od razu zmienił zdanie i na nowo nabrał pełni sił.
   - No dobrze, niech ci będzie - mruknął, po czym delikatnie pacnął ją w ramie - Gonisz!
   Minęła chwila zanim mała Bosmerka ruszyła w pościg za przyjacielem. Była młodsza, drobniejsza i obdarzona znacznie krótszymi nóżkami niż on, ale potrafiła nimi wcale nie gorzej przebierać, dzięki czemu nie tylko z łatwością była w stanie dogonić Xardesa, ale i po "odpacnięciu" go, utrzymać bezpieczny dystans.

   Dzieciaki, niczym burza, przebiegły przez wioskę, minęły skalny łuk i stanęły u stóp pagórka, na którym znajdowała się kapliczka. Oboje zziajani i zdyszani wspięli się na sam szczyt, usiedli wygodnie i zaczęli obserwować wszystko dookoła, tak jakby doświadczali tego widoku pierwszy raz w życiu. Chłopak wciągnął mocno powietrze, aż to zaświszczało mu w nozdrzach.
   - Kocham ten widok - oznajmił rozczulony.
   - Hmm? Dlaczego? - zapytała cicho Iris.
Dunmer wzruszył ramionami.
   - Po prostu. Uwielbiam go. Spójrz, widać stąd Balmore - wskazał palcem, a po chwili zapytał: - A ty? Jakie jest twoje ulubione miejsce?
Dziewczynka również wzruszyła ramionami, jednak po tym geście nie padła już żadna odpowiedź.
   - Nic? - zapytał zdziwiony Xar, unosząc wysoko ostre brwi.
   - No... chyba nie - odpowiedziała niepewnie.
   - Nie wierzę! Coś musi być!
   - Mmm, w sumie to jest taki jeden mostek w pobliżu bagien. Tam zawsze rośnie mnóstwo kolorowych kwiatków i są motylki i te śmieszne miniaturowe parzydłaki, ale mama mówi, że nie wolno mi tam chodzić samej, bo przyjdą wiedźmokruki i mnie porwą, a potem zrobią ze mnie zupę.
   - A jest jakieś miejsce, gdzie moglibyśmy pójść?
Iris pokręciła przecząco głową.
   - To może poszukamy czegoś jutro? Teraz zaczyna się już ściemniać. Co ty na to?
   - Już wracamy?
   - Myhym. Rodzice zaczęliby się jeszcze martwić, gdybyśmy długo nie wracali, a poza tym, nie mogę się doczekać, żeby zobaczyć co tym razem tatko upolował - oznajmił Dunmer pomagając przyjaciółce wstać - Jak ci się podobał dzisiejszy dzień?
Bosmerka ponownie splotła palce i przycisnęła je do brody.
   - Było fantastycznie! Widzieliśmy podrapane skały, tatko rósł roślinki i nakarmiliśmy guary i w ogóle było cudownie! Aaa, a tobie jak się podobało?
   - Poza tym, że zdarłem sobie kolano? Było super!
   - Co?! - pisnęła zaskoczona - Kiedy niby zdarłeś sobie kolano?! Przecież nie przewróciłeś się ani razu. Pokaż!
   - Nie da rady. Spodnie się już do tego przykleiły, a boję się ich teraz odrywać - oznajmił, delikatnie pociągając za materiał.
   - To zostaw! Nie ciągnij! Wrócimy do domu, to mama opatrzy ci kolano i może zrobi nawet tą śmieszną herbatę z kwiatków!
   - Tą niebieską?
   - Tak! Tą niebieską!

   Xardes jeszcze raz delikatnie pociągnął za materiał spodni, ale po szybkim pacnięciu przez Iris, od razu sobie odpuścił. Oboje wracali radośni, rozmawiając i śmiejąc się na przemian. Od domu Ivydale dzieliło ich już tylko kilka metrów, kiedy młody Dunmer zatrzymał się i wskazał na coś palcem.
   - Iris? Nasi się zbierają - oznajmił i ruszył w ich kierunku
   - O tej porze? Ale po co? - zdziwiła się i bez większego namysłu ruszyła za nim.
   - Nie mam pojęcia. Chodźmy to sprawdzić.
Miejscowi stali w kręgu, otaczając coś i szepcząc nerwowo między sobą. Po plecach Xara przeszedł zimny dreszcz, gdy tylko usłyszał jak ktoś wymawia imię jego ojca. Miał dziwne przeczucie, że stało się coś złego. Musiał tylko zobaczyć co. Powoli zaczął przepychać się przez tłum. Pierwszą rzeczą jaka uderzyła go, był swąd spalenizny. Gdy w końcu udało mu się dostać do środka, jego oczom ukazała się czarna skorupa. Nie, ciało. Chłopak podszedł jeszcze bliżej, ale dopiero, gdy dostrzegł swoją matkę - połączył wszystkie fakty. W pierwszej chwili nie chciał uwierzyć, jednak ostateczny dowód będący malutkim metalowym elementem, utwierdził go w jego podejrzeniach. Do wielkich szarych oczu napłynęły łzy, a młody Dunmer znieruchomiał całkowicie. Małej Iris, dopiero po chwili, udało się dostać do przyjaciela i to on pierwszy przykuł jej uwagę. Nie ludzie, nie obiekt ich zainteresowania, tylko on. Jeszcze przed chwilą uśmiechnięty i radosny Xar, teraz stał niczym lita skala, wpatrując się w jeden punkt. Po policzkach łzy znaczyły wąską dróżkę, aż do samej brody. Dziewczynka jeszcze nie wiedziała o co chodzi. Podeszła do towarzysza.
   - Xar? - szepnęła cichutko łapiąc go za dłoń. Nie uzyskując żadnej odpowiedzi, spróbowała zrozumieć co się stało. Powiodła wzrokiem w to samo miejsce, w którym utkwiony był wzrok chłopca. Przyjrzała się.
   - Czy to... ?
Nagle poczuła jak ten mocniej ściska jej dłoń. Już wiedziała, a może raczej podejrzewała.
   - Iris! Xardes! - rozległ się znajomy głos - Ach! Tu jesteście!
   - Chodźcie, nie powinniście tego oglądać - oznajmił Faendal, delikatnie zagarniając do siebie dzieciaki.
   - Chodźcie moje Listki - zachęciła jasnowłosa elfka.
   - Ale... - szepnęła niepewnie Iris, spoglądając z niepokojem na nieobecnego duchem Xara.
   - Do domu - nakazał Bosmer.
Iris nie protestowała. Chwyciła przyjaciela pod rękę i szła z nim prosto do domu. Ten co chwila potykał się i tracił równowagę. Przez piekące od łez oczy, nie był w stanie zobaczyć dokąd idzie mimo tego, że dziewczynka starała się być jak najlepszym przewodnikiem. Nilleth przyspieszyła kroku by otworzyć drzwi i wpuścić pociechy do środka.
   - A gdzie tata? - zapytała Iris, gdy spostrzegła, że kogoś brakuje.
   - Zaraz przyjdzie, poszedł... pomóc - odpowiedziała wymijająco Bosmerka. - Usiądźcie przy stole. Paprotko, podaj Xarowi jakąś chustkę do nosa.
   Kobieta po wydaniu polecenia, zniknęła w kuchni, z której po chwili dało się słyszeć stukanie kubków, szelest suszu i brzęk łyżeczek. Elfka, gdy tylko skończyła, pojawiła się z powrotem i usiadła koło chłopca. Z całych sił przytuliła go do siebie, zagarniając od razu i Iris pod swe skrzydła.
   - Tak mi przykro Słoneczko - szepnęła delikatnym i współczującym tonem, następnie pocałowała go w czoło.
   - Mamo? - szepnęła Iris - Czy to był tata Xara?
   - Niestety tak - odpowiedziała, przyciskając chłopca mocniej do siebie.
   - Skąd wiesz? - drążyła dalej.
   - Nie teraz kochanie, nie teraz.
Siedzieli tak w bezruchu, przytuleni, dopóki z kuchni nie rozległ się gwizd czajnika. W tym samym momencie do domu wszedł Faendal i spojrzał na całą trójkę. Bez słowa podszedł i pogładził przyjaciela córki po głowie, jakby mówił "trzymaj się chłopcze, dasz radę".
   - Zalejesz zioła? Wszystko już uszykowałam - spytała Nilleth, podnosząc na męża swoje wielkie bursztynowe oczy.
    - Jasne - odparł krótko.
W powietrzu rozniósł się intensywny zapach ziół. Gliniane kubki, przypominające swoimi gabarytami bardziej kufle, stuknęły o blat dębowego stołu. Matka Iris od razu chwyciła za odpowiedni z nich i podsunęła go pod nos Xardesa.
    - To dla ciebie, ale uważaj, gorące. Pij powoli.
Iris chwyciła swój kubek. Obejmując go oburącz, zaczęła energicznie zdmuchiwać unoszącą się z nad niego parę. Młody Dunmer dopiero po chwili sięgnął po swój napar. Jednak zamiast odczekać chwilę, duszkiem pochłonął całą zawartość. Tym razem to Nilleth pisnęła.
   - Na Y'ffre! Xar! Nie oparzyłeś się? - zapytała przerażona.
Chłopak odpowiedział po chwili.
   - Nie proszę pani, wszystko w porządku - oznajmił spokojnie, a na jego twarzy pojawił się nikły uśmiech.
Elfka dopiero teraz zdała sobie sprawę, że najwidoczniej musiała przesadzić z dawką kojącego bukietu ziół, jaki zafundowała chłopcu. Ktoś tu będzie dzisiaj naprawdę mocno spał - pomyślała odwzajemniając uśmiech.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz