Leżę otulona kołdrą po same okna duszy.
Staram się wyłączyć, nie myśleć.
Staram się zasnąć, bo zaraz trzeba wstać.
A Pan jest obok, leży wyciągnięty na całą długość łóżka
wymalowując na suficie, półtransparentne gwiezdne konstelacje.
Nie chce się Pan przykryć?
Zimno jest...
Nie zmrużę oka choćby na chwilę, prawda?
Tylko uporczywy natłok myśli będzie wtłaczał Pan do mojej głowy.
Odwracam się plecami.
Wdech.
Widzę jak powietrze wędruje po moim ciele i dociera do każdej komórki.
Wdech.
Widzę jak powietrze wędruje po moim ciele i dociera do każdej komórki.
A Pan? Dotyka mnie swoimi chudymi, kościstymi palcami, kręci
kołtuny na głowie.
Myśli minionego dnia znów zalewają mnie, rozbudzając
jeszcze bardziej.
Jestem już zirytowana Jego obecnością.
Układam się wygodnie, bezwstydnie zarzucając na Pana nogę i wkładając łokieć w ucho.
Układam się wygodnie, bezwstydnie zarzucając na Pana nogę i wkładając łokieć w ucho.
Wygodnie Panu? Mam nadzieję.
Wdech, powietrze, płuca,
każda komórka, wydech.
Miniony dzień znów przygniata mnie lawiną myśli,
nie dając zasnąć.
Sięgam po telefon. Białe na czarnym, czarne na
białym.
Och, moje oczy.
Och, moje oczy.
Pan podnosi się i siada na krawędzi łóżka. Konstelacje gwiazd gasną.
Zziębniętymi palcami przeczesuje swoją czuprynę, wstaje.
Zziębniętymi palcami przeczesuje swoją czuprynę, wstaje.
Idzie Pan?
Już?
Opłacało się w ogóle przychodzić?
Już?
Opłacało się w ogóle przychodzić?
Spogląda na mnie pustym spojrzeniem.
Chwyta za klamkę i po cichu wychodzi.
Paciorek na nitce. Dobra... nic, Panu.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz