środa, listopada 20
Prawdopodobnie Felieton: Romans z MZK
Pamiętam te piękne dni, często deszczowe i pochmurne, gdy z politowaniem przyglądałam się tym wszystkim ludziom, ściśniętym niczym sardynki w puszce (bądź koreczki śledziowe w zalewie pomidorowej - jeżeli mam być szczera ten wariant odpowiada mi bardziej), którzy dzielnie próbowali przedostawać się z punktu A do punktu B. Przy czym punktem A było miejsce już dawno zapomniane przez komunikacyjnego boga, a punktem B była zazwyczaj ziemia obiecana, w której to jeszcze zdołało się zachować kilka ośrodków kultu, w których czczono pędzące rydwany ciągnięte przez ciężkie gorącokrwiste konie mechaniczne.
Jeszcze nie tak dawno patrzyłam się na tych wszystkich ludzi, pozamykanych w dwubarwnych, przeszklonych klatkach zwanych też potocznie komunikacją miejską. Czemu wybieracie tak niewygodny i zakłócający przestrzeń osobistą środek transportu? Czemu każdego dnia, niejednokrotnie powierzacie swoje życie osobie, zamkniętej za kolejną parą drzwi? Przecież nie wiecie kim jest? Którą nogą dzisiaj wstał? Co zjadł na kolację? Czy dobrze się wyspał i czy aby na pewno jest w stanie rozróżnić zieleń Veronese’a od wkradającej się przez oranżowe słońce makowej czerwieni? Czy jest w stanie rozróżnić grzbiet pasącej się zebry przejścia dla pieszych, od czającej się na nią czarnej pantery asfaltu. Nigdy nie zniżę się do tego poziomu. Nie dam się zamknąć - obiecałam sobie przybywając do nowego miasta. Wytrwałam w całkowitej czystości przez pierwszy semestr.
Rozpoznanie w terenie, zapoznanie się z całym zestawem cyferek, wymiana sztuk złota w ilości złoty czterdzieści za możliwość jednorazowego przejazdu, krwiożercze kasowniki, które niejednokrotnie (jak się później przekonałam na własnej skórze) potrafiły pokazać swoje humorki i widzimisię przy nieumiejętnym podaniu biletu oraz ci kanarzy materializujący się jakby z drobinek kurzu i próbujący wypatrzeć i otoczyć najsłabsze ogniwo spośród obecnych pasażerów - kagańce zdjęte, bestie spuszczone ze smyczy. Te wszystkie kwestie skutecznie odstraszały mnie od komunikacji miejskiej, a obawa przed niesłusznie wlepionym mandatem wywołuje u mnie palpitacje serca, do dziś.
Kierowana strachem, każdego dnia dzielnie maszerowałam na wydział, wte i wewte, fundując sobie ponad godzinny spacer - dla zdrowia, rzecz jasna i na przekór kasownikom. Co ja miałam wtedy w głowie? Nie wiem do dziś (prawdopodobnie nie za wiele).
Mimo mojego postanowienia i usilnego mantrowania każdego ranka (Dasz radę, tym razem na pewno nie spóźnisz się na wykład; tym razem nie wpadniesz na salę niczym Filippides tylko po to by zalec gdzieś w jednej z pierwszych ławek na samym brzeżku i wyzionąć ducha na najbliższe trzydzieści minut i dwie sekundy…) w końcu nadszedł ten moment, chwila słabości i wszystko diabli wzięli. Zakochałam się.
Wpierw ostrożnie podchodziłam do nowej znajomości. Przecież nie mogłam od razu całkowicie zaangażować się w ten związek. Na początek spotkaliśmy się tylko rano, odprowadzał mnie na wydział, a potem wracałam już sama. Jednak po pewnym czasie zaczęłam czuć niedosyt.
Mój gorący romans z MZK zaczął się coraz bardziej pogłębiać, a fascynacja nowym kochankiem przybrała w pewnym momencie formę wręcz obsesyjnego szukania sposobności do schadzki. Wszystko, byleby się z nim spotkać. Nieważne czy to na jeden przystanek, czy na kolejne kilka [...]
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz