środa, listopada 20

Prawdopodobnie Felieton: Romans z MZK


    Pamiętam te piękne dni, często deszczowe i pochmurne, gdy z politowaniem przyglądałam się tym wszystkim ludziom, ściśniętym niczym sardynki w puszce (bądź koreczki śledziowe w zalewie pomidorowej - jeżeli mam być szczera ten wariant odpowiada mi bardziej), którzy dzielnie próbowali przedostawać się z punktu A do punktu B. Przy czym punktem A było miejsce już dawno zapomniane przez komunikacyjnego boga, a punktem B była zazwyczaj ziemia obiecana, w której to jeszcze zdołało się zachować kilka ośrodków kultu, w których czczono pędzące rydwany ciągnięte przez ciężkie gorącokrwiste konie mechaniczne.
    Jeszcze nie tak dawno patrzyłam się na tych wszystkich ludzi, pozamykanych w dwubarwnych, przeszklonych klatkach zwanych też potocznie komunikacją miejską. Czemu wybieracie tak niewygodny i zakłócający przestrzeń osobistą środek transportu? Czemu każdego dnia, niejednokrotnie powierzacie swoje życie osobie, zamkniętej za kolejną parą drzwi? Przecież nie wiecie kim jest? Którą nogą dzisiaj wstał? Co zjadł na kolację? Czy dobrze się wyspał i czy aby na pewno jest w stanie rozróżnić zieleń Veronese’a od wkradającej się przez oranżowe słońce makowej czerwieni? Czy jest w stanie rozróżnić grzbiet pasącej się zebry przejścia dla pieszych, od czającej się na nią czarnej pantery asfaltu. Nigdy nie zniżę się do tego poziomu. Nie dam się zamknąć - obiecałam sobie przybywając do nowego miasta. Wytrwałam w całkowitej czystości przez pierwszy semestr.